|
1
Dzień (14.05.08)
Tym razem wyruszyliśmy na spokojnie około dziesiątej
rano. Piszę na spokojnie, bo zwykle dopada nas jakaś wczesno poranna lub
popołudniowa gonitwa. Plan na ten dzień to przejazd połowy drogi do
Italii. Nauczony już nie małym doświadczeniem wiem, że bez względu na
obrany kierunek podróży zagranicznej odcinek made In Poland jest zawsze
najtrudniejszy. Jeszcze jazda w tamtą stronę luz człowiek niesiony
optymizmem i ciekawością trasy nie zwraca uwagi na roboty drogowe dziury
w jezdni i tych brzydko pachnących panów w pojazdach z napisem TIR. Za
to powroty przynajmniej dla mnie są makabryczne, ale do rzeczy.
Opcje spania na ten dzień były dwie. Pierwsza przy
względnie dobrej pogodzie to camping nad jeziorem w pobliżu Mikulova.
Druga przy względnie złej pogodzie to kwaterka czy jak oni to tam zwą
pensjon w samym Mikulovie (poleconym przez wuja Andrzeja).
Sprawdzałem pogodę przed wyjazdem i wyjeżdżając z
bramy w domu wiedziałem o opcji numer dwa. O samej jeździe po polskich i
czeskich drogach nie ma się co rozwodzić bo przeleciała nawet nie
wiadomo kiedy. Kilka kilometrów za Bratysławą załapaliśmy deszczyk i
ciągnęliśmy w nim do samego Mikulova. Pensjonacik znaleźliśmy
błyskawicznie po krótkiej instrukcji jaka dała nam właścicielka.
Dostaliśmy kluczyk od mieszkanka i wiatę na motorek. Przy rozładunku
gratów okazało się, że w tym samym pensjonacie nocuje para Czechów,
którzy przyjechali na jakiś podobno bardzo dla nich ważny zlot nad
wspomnianym wcześniej jeziorem. Pogadaliśmy chwilę, poczym udałem się
na zwiad w poszukiwaniu bankomatu. Jakiś tamtejszy pijaczek doprowadził
mnie pod samo okienko banku. Po powrocie zupka, kanapeczka, gazetka,
prognoza pogody po czesku i luli.
Nocleg:
2 Dzień (15.06.08)
Wyruszyliśmy punkt dziewiąta rano.
Właścicielka kazała nam wrzucić klucze przez płot po zamknięciu bramy,
co grzecznie wykonaliśmy. Tankowanko na granicy Czesko Austriackiej,
winieta na szybę i w drogę. Te osiemdziesiąt kilometrów z Mikulova do
Wiednia nie należą do super atrakcyjnej trasy. Tak na dobrą sprawę jedna
wielka budowa. Telepaliśmy się do autostrady chyba dobre półtorej
godziny no a po tym największa nuda na świecie – austriacki Autobahn
J.
Jak to pepik z telewizora
przepowiedział w połowie drogi dostaliśmy deszczem po mordkach. Ja
zgrywając twardziela przed żoną, nie założyłem gumowych rękawiczek co
poskutkowało tym, że w pewnym momencie dostałem odmrożeń. Koło Villach
temperatura spadła przy tym do radosnych ośmiu stopni. Po zjeździe z
Alp, jak dotknięta czarodziejska różdżką pogoda stała się łaskawsza, zza
chmur wyjrzało słońce a temperatura stała się jakby bardziej
śródziemnomorska od tej dotychczasowej, polarno-grenlandzko-islandzkiej.
Jakieś
czterdzieści kilometrów przed Wenecją dokleił się do nas samotny Polak
na swoim błyszczącym Roadlinerze. Wyprzedzaliśmy się z gracją, raz on
nas raz my jego pomiędzy licznymi na tej drodze ciężarówkami. Nagle gość
jak szybko się pojawił tak i zniknął a my przejechaliśmy zjazd w
kierunku Jesolo. Nadrobiliśmy ze dwadzieścia kilometrów dookoła,
przejechaliśmy koło lotniska i zatrzymaliśmy się na stacji w celu
oddania matce ziemi naszych płynów fizjologicznych i napełnieniu pustego
już baku. Stacja jest pod psem ale godna polecenia dla wszystkich
spotterów. Jest tuż na końcu (przedłużeniu pasa 12R). Z parkingu na
stacji można liczyć nity w poszyciu startujących maszyn.
W Jesolo mała skucha z campingami.
Wskazany przez miłego Francuza z mapą camping Europa, największy z
resztą w okolicy, ma gdzieś turystów z namiotami. Z reszta jak i drugi i
trzeci napotkany przez nas. Dopiero po kilkudziesięciu minutach
znaleźliśmy to co było nam potrzebne tego dnia – Camping de Silva.
Miejsce nad samym morzem i ciepełko. Po rozbiciu obozu od razu udaliśmy
się na miasto w celu zjedzenia czegoś pysznego. Polecona przez pana z
recepcji restauracja oddalona może ze trzysta metrów naprawdę miodzio.
Kto był we Włoszech zna te klimaty. W międzyczasie zrobiliśmy duży dzban
wina obiadowego i po gigantycznym talerzu frutti di Mare powrót na
camping jakąś orężną drogą na bardzo wesoło, zwiedzanie ośrodka obok z
basenami i zjeżdżalniami i w śpiworki.
A ta restauracja to przez to, że zapomniałem z domu
palnika do butli J
Miejsca:
- fajna restauracja
45°28'46.02"N 12°33'48.01"E
Nocleg:
3
Dzień (16.05.08)
Cel na ten dzień nie był jakoś ostatecznie
sprecyzowany. Na pewno miałem w planie zahaczyć Rimini i zabrać Marlenę
do najlepszej w jakiej byłem kiedykolwiek restauracji z uwielbianymi
przez nas owocami morza. Po minięciu Wenecji dogoniła nas ekipa
kilkunastu Włochów, którzy jechali w tę sama stronę co i my. Przez
dobre sto kilometrów starałem się z trudem dotrzymać im kroku, aż do
ostatecznej kapitulacji na przedmieściach Rimini. No ja nie jestem jakąś
tam ślamazarą, ale ci mistrzowie momentami mocno przesadzali. Na
szczęście dzięki nim udało nam się chyba dwa razy na tej trasie uniknąć
patrolu z radarem, których w tej chwili jest tam bardzo dużo. Kamery są
z reguły ustawiane w miejscach dosyć mocnych ograniczeń prędkości bez
względu czy autostrada to czy wsiowa droga.
Już w Rimini zrobiło się mocno gorąco. W cieniu pod
jakimś domem namierzyłem dzięki nowoczesnym mobilnym środkom łączności
restauracje Lurido. Po przejechaniu jakiegoś objazdu zaparkowaliśmy w
cichej uliczce bezpośrednio przed restauracją. Na szczęcie dostaliśmy
stolik na powietrzu, miły, starszy wiekiem kelner podał nam kawałek
wymiętej kartki które stanowiło menu z pytaniem czy jemy cos przed
głównym daniem czy od razu przechodzimy do rzeczy. Więdząc, co nas czeka
poprosiłem o tak zwana wyżerkę bez wstępów. Dalej to już nic nie będę
pisał bo to samemu trzeba wytestować. Marlena na sam koniec ledwo dysząc
z przejedzenia wycedziła, że czegoś takiego nie widziała jak żyje te
swoje osiemnaście lat na świecie. Na koniec bardzo miła pozytywna
wiadomość czyli rachunek i w drogę. Plan to po takim jedzeniu pyknąć po
autostradzie jeszcze ze dwie stówki i zatrzymać się na jakiś nocleg.
Udało nam się dojechać w okolice San Benedetto del
Tronto. Zjazd do miasta i poszukiwanie campingu. I w tym miejscu niech
jasny szlag trafi mojego Tom Toma. Już miałem zmienić mapy w zeszłym
roku i stwierdziłem że jakoś tam będzie. No i oczywiście skąpy zawsze
dostanie po tyłku a tu konkretnie upałem i zmęczeniem. Krążyliśmy jakoś
w kółko wjeżdżając w pewnym momencie na szczyt jakiejś okolicznej góry.
Stwierdziłem w końcu, że według normalnej tak zwanej papierowej mapy
musi być jakiś camping tyle, że w kierunku północnym od miasta. Wszystko
wskazywało na to, że musimy się cofnąć kilkanaście kilometrów. Wreszcie
jest, camping o najbeznadziejniejszym położeniu jakie kiedykolwiek
widziałem. Otóż przez sam środek co mniej więcej godzinę z wielkim pędem
przewalały się składy szybkiej kolei Pescara Bolonia. Ściśnięci do
granic możliwości włoscy turyści przede wszystkim z rejonu Rzymu sądząc
po rejestracjach. Ponieważ poprzedniego dnia w Jesolo udało mi się kupić
palnik na butlę, przystąpiliśmy do organizacji kolacji, tylko tym razem
zabrakło zapalniczki do odpalenia pechowego palnika. Szybka akcja z
awaryjnym otwieraniem sklepu i ciepła kolacja gotowa. Tak żeby dopełnić
to pasmo nieszczęść muszę w tym miejscu nadmienić że na skąd inąd bardzo
przyjemnym poprzednim campingu ktoś rąbnął pozostawiony szampon z pod
prysznica. Drogą dedukcji byli to Niemcy a drogą eliminacji tablic
rejestracyjnych z pewnością byli to Niemcy z byłego NRD. Taki lajf
L
Miejsca:
- fajna restauracja
LURIDO
44° 3'52.09"N 12°33'49.43"E
foto
Nocleg:
4 dzień (17.06.08)
Plan na ten dzień to zaparkowanie pod
Wezuwiuszem. Od Sulmony do Vairano Panenora jedzie się po bajecznej
drodze. Trochę przypomina górskie drogi w Norwegii z milionem zakrętów.
Zielone lasy, zielone łąki, zielone kamienie i tylko niebo błękitne.
Przejeżdża się tu skrajem parku narodowego Maiela, zostawia za sobą
mnóstwo stromych podjazdów żeby ostatecznie łagodnie wylądować prawie w
samym Neapolu. Ponieważ plan A przewidywał jazdę na Sycylię musieliśmy
zatrzymać się na jednej ze stacji benzynowych żeby wprowadzić pewne
istotne modyfikacje. W cieniu Wezuwiusza prowizorycznie doszliśmy do
jakiegoś tam porozumienia i skierowaliśmy się na polecany prze Pascala
camping w Pompejach. Mijając te już słynne stosy śmieci dotarliśmy pod
bramę. Wybraliśmy sobie miejsce które zamieniliśmy w mgnieniu oka z
powodu traumy jaka był osłonięty krzaczorami nasyp szybkiej kolei
miejskiej J. Nasza wycieczka
na miasto skończyła się fiaskiem z powodu zamkniętych wrót jedynego w
mieście marketu. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jakąś melinę w celu
konsumpcji złotego trunku. Piszę melinę z dwóch powodów, po pierwsze
towarzystwo i klimat tego przybytku beznadziejny a po drugie przez
rachunek 12E za dwa browary 0.6. Jakoś to przełknąłem pamiętając niższy
niż zakładałem rachunek w Lurido.
Tu jeszcze ciekawostka. Niemcy
(chyba też z NRD) i ich przyczepa. Tu jedyna w swoim rodzaju
masakra jaką w życiu widziałem. Stado niemieckich emerytów w autokarze,
który ciągnął za sobą coś na kształt wagonu bydlęcego. Z lewej lita
ściana z prawej trzy rzędy okienek, składane krzesła i stoły a na
zapleczy kuchnia polowa. Trzydziestka emerytów sprasowana jak śledzie na
trzech piętrach przyczepy o wysokości może czterech metrów. Upał jak
cholera a oni w tym przybytku bez Klimy z okienkiem wielkości A4. Ale to
chyba za karę zorganizował im to jakiś związek kombatancki.
Nocleg:
5
Dzień (18.06.08)
Rozpoczęliśmy zwiedzanie od dokładnej penetracji ruin Pompei. Po
złożeniu namiotu i wszystkiego co mieliśmy na moto ruszyliśmy na
zwiedzanie z mapą, przewodnikiem, aparatem i kamerą. Muszę przyznać, że
widziałem już parę stosów kamieni, o których przewodnicy przekonywująco
opowiadali jako pozostałościach domu, pałacu czy świątyni. W Pompejach
niczego nie trzeba sobie wyobrażać. Zachowane domy, termy, drogi i
sklepy oddają wyraźnie klimat czasów z przed wybuchu widniejącej na
horyzoncie góry. Wszystko to robi ogromne wrażenie. Reszty dopełniła
podróż do Herculanum oddalonego o mniej więcej dwadzieścia kilometrów od
Pompei. Miasto z domami i rezydencjami mieszczącymi się niegdyś na samym
brzegu morza teraz ogląda się z refleksją nad upływającym czasem. Tak
apropos podróży do Herculanum to zaliczyliśmy ją tym sławnym pociągiem.
Dosiadła się do naszego przedziału jakaś rozwścieczona Neapolitanka,
która przez dobre trzy stacje opieprzała jakąś niewinna blondyneczkę.
Po zwiedzeniu wszystkiego co się
dało wsiedliśmy na moto i pognaliśmy w kierunku Rzymu. Oczywiście ja,
jako weteran kilku wojen, zapragnąłem odwiedzić Monte Casino.
Zjechaliśmy z autostrady najprawdopodobniej trochę nie w tym miejscu co
było trzeba. Krótkie motanie, konwersacja po włosku z panem na stacji
benzynowej i jesteśmy. Miasto jak miasto, jedno z wielu ale ta GÓRA !!
Tak dla wszystkich, którzy chcieliby trafić na cmentarz polskich wojaków
mam krótką wskazówkę – gnajcie na samą górę. W mieście nie ma ani
jednego drogowskazu, który wskazywałby kierunek. Oczywiście po mchu na
drzewach i zapachu chodników trafiliśmy na ukryty wśród domów wjazd do
klasztoru. Droga jest fantastyczna, z mnóstwem zakrętów. Brak
jakichkolwiek drzew i zarośli na jej zboczach umożliwia podziwianie
panoramy z wysokości kilkuset metrów. Na samym szczycie szok. Autokary,
policja, telewizja TVP !! i kupa ludzi znanych nam dobrze z ekranu
telewizora. Okazało się, że zupełnie przez przypadek trafiliśmy na
obchody rocznicy zdobycia przez naszych tej cholernej góry. Jakaś pani
na parkingu zaczęła nas poganiać z pretensją w głosie, że się
spóźniliśmy i żebyśmy zsiadali z motocykla bo prezydent zaraz będzie
jechał na kolację !!! Tak, tak, nasz prezydent, ten malutki. Ponieważ
nie gustujemy akurat w tym prezydencie to poczekaliśmy, aż cała impreza
się przewali i poszliśmy pooglądać pomnik i cmentarz. No robi to
wrażenie ! Szczególnie na weteranach kilku wojen
J.
A z samochodem niejakiego
prezydenta mielibyśmy bliskie spotkanie trzeciego stopnia przez kierowcę
TVP, który poszedł z nami na czołowe. Mam nawet nagranie na kamerze jak
mu Marlena nawsadzała. Znaczy temu kierowcy, nie prezydentowi
J.
Ten w sumie nie za długi kawałek
drogi z Monte Casino do Rzymu przebyliśmy naprawdę szybko. Północną
obwodnicą Rzymu dojechaliśmy do bardzo fajnego campingu w La Giusiniana.
Na campingu Basen, Restauracja, Sklep. Rozbiliśmy namiocik śmignęliśmy
kolacyjkę i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.
Zwiedziliśmy:
Nocleg:
6 Dzień (19.06.08)
Szybka pobudka, śniadanko, bilety na autobus i pociąg
kupione i jazda na zwiedzanie. Układ z naszym rzymskim kempingiem był
bardzo fajny ponieważ wszystko co potrzebne do zwiedzania Rzymu można
załatwić na tamtejszej recepcji. Transfer na pobliską stacje kolejową a
potem kilkadziesiąt minut jazdy w pobliże placu św. Marka.
Tu nie będę się rozpisywał bo byłoby to nudne i
nikt by pewnie nie dotarł do końca lektury. Same ochy i achy. W zasadzie
obleźliśmy PIECHOTĄ wszystko co jest do zobaczenia obowiązkowego na
każdej trasie turystycznej. No końcu, w okolicach Koloseum, powłócząc
nogami wdrapaliśmy się do autobusu który grzecznie dowiózł nas na stację
kolejową. (O matko, ile tam jest skuterów) (O matko a jak oni na tych
skuterach jeżdżą !!!!).
Zakończenie dnia do wyżera pod tytułem pizza w
campingowej restauracji. Mmmmmm….. pychota.
W nocy jakieś Angole darły ryje do 3 nad ranem. Jak
ja ich nie lubię ………. !
Zwiedziliśmy:
Nocleg:
7 Dzień
(20.06.08)
Rano okazało się, że zgubiłem gdzieś kartę do
robienia zakupów w sklepie. W sumie żadna strata, bo zostało na niej
jakieś 4 Euro. Problem tylko pojawił się kolosalny, ponieważ w
Campingowym sklepie nie przyjmują gotówki. W efekcie na śniadanie była
zupa J bo zrezygnowałem z
pobierania drugiej karty.
Spakowaliśmy graty i wyruszyliśmy w kierunku Sieny.
Wjechaliśmy przez pomyłkę na jakąś drogę o ponadplanowej ilości wyboi i
placków z asfaltu. Prędkość nie za duża, z racji nawierzchni jakieś 110
km/h i temperatura ścinająca białko pod skórą.
Siena to bardzo dziwne miasto, które z zewnątrz nie
przypomina tego, co pięknego oferuje we wnątrz. Po prostu takie jedno z
wielu Włoskie miasteczko. Mało wyraźne drogowskazy doprowadziły nas na
parking przy jakiś suszarkach do bielizny. Zastanawialiśmy się , czy
przypadkiem nie podmienić komuś majtek na moje już delikatnie zużyte
J. Gorąco, gorąco, gorąco,
to słowo było chyba najczęściej wypowiadanym. Dotarliśmy na rynek po
kilkunastu minutach marszu pod górę. Widok nie ziemski i prawdą jest że
to najpiękniejszy plac europy. Jak zwykle parę fotek i dalej w
kierunku katedry. Dziesięciominutowy postój w kolejce po bilet w pełnym
słońcu i jesteśmy w środku. I tu muszę powiedzieć, że widziałem parę
kościołów ale ten jest na pełnym wypasie. Chyba jedno z bardziej
chwytających za serce dzieł sztuki jakie do tej pory widziałem.
Chłodek w środku był miły więc pokotem komplentowaliśmy to, co nas
otaczało. I tu, żeby nie gps chyba byśmy nie znaleźli drogi do parkingu
z gaciami.
Udało się jednak i już po kilkudziesięciu minutach
cięliśmy w kierunku Pizzy. Kto był ten wie, że ta krzywa wieża stoi w
takim otoczeniu ni przypiął ni wypiął. Świeci z daleka tą swoją bielą
gotyckich marmurów i nijak nie pasuje do otoczenia. Moja Cudna
stwierdziła, że po pierwsze myślała, że ta wieża jest mniejsza, po
drugie myślała że jest bardziej prosta a po trzecie „to gdzie jest ta
pizza którą mi obiecałeś”. Zjedliśmy obiecaną pizze Ala frutti di Mare w
cieniu krzywej wieży, odpaliliśmy sprzęt i bardzo, bardzo wolnym tempie
pojechaliśmy na camping.
Na miejscu rozczarowanie bo camping taki sobie,
plaża przez ruchliwą ulicę i jeszcze ciepła woda na żetony, granda po
całości. W pierwszej kolejności poszliśmy w kierunku plaży. Koszmar po
prostu całkowity, industrializacja pełną gębą. Płoty zakazy wstępu
płatne wszystko włącznie z piaskiem i wodą, tą w morzu oczywiście.
Satysfakcja tylko taka, że miałem okazje kąpać się w morzu Tyreńskim.
Na siłę wyrwana od właściciela campingu buteleczka
wina zakończyła ten dzień. Mocne było he he.
Tak jeszcze na marginesie jak już było widać dno w
butelce podszedł do nas pewien Szwed w celu zapożyczenia korkociągu.
Gość opowiedział jak dostał się w ten rejon wraz ze swoją rodziną i
Landcriuserem. Otóż 2/3 drogi odbyli pociągiem. Auto na platformie a oni
w luksusie kabiny pierwszej klasy.
Zwiedziliśmy:
Nocleg:
8 Dzień
(21.06.08)
Drogi do Florencji są dwie. Jedna jest regularną
autostradą a druga drogą szybkiego ruchu. Z racji bliskości tej drugiej
wpięliśmy się w nią już kilka kilometrów od naszego ostatnio zwiedzanego
campingu. Kolejny cel Florencja. Krótkie szukanie parkingu (trafił się
strzeżony) i już suniemy wzdłuż kramików z różnorakim badziewiem.
Oczywiście nieodłączni murzyni z chińskimi rolexami na rękach i
skośnoocy sprzedawcy czegokolwiek to część tamtejszego folkloru. Katedra
choć z zewnątrz bardzo podobna do tej z Sieny, zupełnie różna, surowa,
ascetyczna w wyrazie. Kolejki do wejścia gdziekolwiek kilometrowe no i
ten gorąc. Poszliśmy trasą wytyczoną przez Pascala (oczywiście nie
Brodnickiego) i po krótkich zakupach dla tatusia i mamusi wróciliśmy na
parking.
No i tu afera. Ponieważ już kilka razy zdarzyło mi
się wtuhlić gdzieś bilecik parkingowy zostawiłem go w dobrym miejscu w
motocyklu. No przecież na strzeżonym parkingu, mieszczącym się w jakiejś
hali nikt nie rąbnie mi bileciku a tym bardziej warzącego 400 kilogramów
motocykla z blokadą na kole i włączonym alarmem. Tym bardziej, że
kluczyk i pilota mam w kieszeni. Ten cymbał z okienka tak się przejął,
że tylko cud spowodował, że chłop nie dostał wylewu krwi do mózgu. Darł
się na nas jak opętany, kazał wyciągać dokumenty, straszył policją itd.
Oczywiście nie byłem mu dłużny. Wiem, że zawaliłem ale wszystko da się
załatwić spokojnie. Wywaliłem najbardziej treściwą tirowską wiązankę
przekleństw pod jego adresem tyle, że po polsku, bo wiem jak ich to
wkurza. Tu gość poza wylewem był gotów dostać jeszcze miesiączki i
rozwolnienia. Wykrzyczał, że u niego to się mówi po Włosku lub Angielsku
i dalszą część kontynuował już po swojemu. Wziął wreszcie pieniądze i
słowem się już więcej nie odezwał.
No i teraz najgorsze, jazda po autostradzie na
odcinku Florencja Wenecja. Tiry, osobówki w takich ilościach jakich do
tej pory nie widzieliśmy. Już myślałem, że ta droga nigdy się nie
skończy. Wieczorkiem dojechaliśmy do pierwszego odwiedzonego na włoskiej
ziemi campingu. Ten sam pan z recepcji poznał nas, przybił piątkę i
powiedział, że teraz już jesteśmy stałymi klientami i nie będzie nam
wskazywał miejsca na nocleg bo sami wiemy co i jak.
Wieczorek w tej samej restauracji co na początku
mmmmmmniiiaaammmm…………….
Zwiedziliśmy:
Miejsca:
- fajna restauracja
45°28'46.02"N 12°33'48.01"E
Nocleg:
9 Dzień
(22.06.08)
Stało się ! Rano moja piękna osiemnastoletnia żona
zarezerwowała miejsce na tym campingu w celu odbycia letnich wakacji. No
się pociągnie przyczepę , a co.
Gdzieś po drodze już na terenie Austrii złapał nas
taki deszcz ze śniegiem, że odbyliśmy przymusowe lądowanie na stacji
benzynowej. Z resztą po nas trafił tam tuzin motocyklistów, którym
wiatr i zadymka śnieżna uniemożliwiła kontynuowanie jazdy. Co za ironia,
przeszło 30 w Neapolu a tu z 5 na plusie.
Do Mikulova dotarliśmy z przestankiem na zakup
winek na użytek własny oraz rodziny. Polecam ten sklep w Poysdorf, bo
wybór jest olbrzymi a ceny nie powalają na kolana, pomimo że w Euro.
W znanym nam już pensjonacie miłe przyjęcie parę
wskazówek co do miejsca, w którym najbardziej opłaci się zrobić zakupy
na kolację, jedzonko i kimka.
Nocleg:
10 Dzień
(23.06.08)
Wstaliśmy jak ludzie bez parcia na zegarek. Lekka
pomyłka na trasie, bo za Brnem skończyła się droga na nawigacji. I po
zaledwie siedmiu i pół godzinie byliśmy w domu.
Podsumowując, to było warto jak zwykle.
opracował: Robert
Kościółek
|