|
Przygotowania, a właściwie rozmowy na temat
trasy na rok 2006 rozpoczęły się wkrótce po powrocie z rajdu po
krajach nadbałtyckich. Praktycznie od samego początku było wiadomo,
że będzie to kierunek północny. Braliśmy pod uwagę Nordkapp z
przyległościami lub Szkocję.
Z różnych przyczyn, na
kilka miesięcy przed wyjazdem zdecydowaliśmy, że tniemy właśnie na
północ Wielkiej Brytanii.
Chyba stało się to
tradycją, że pokonamy tę trasę tylko w swoim towarzystwie. Przed
wyjazdem zmuszeni byliśmy do kupienia dla Marleny kompletnego
ubrania odpornego na deszcz i niskie temperatury oraz nowych
śpiworów, wytrzymujących temperatury do 0 stopni. Lektura źródeł
internetowych oraz różnego rodzaju periodyków nie napawała
optymizmem, jeśli chodzi o pogodę na naszej trasie.
1 Dzień
(09.06.06)
Po zapakowaniu naszego Maleństwa pełnym
ekwipunkiem (50 kg) wyruszyliśmy spod Marleny firmy o godzinie 12 w
południe. Piękna pogoda, super nastrój i droga w kierunku polsko –
niemieckiego przejścia granicznego w Zgorzelcu. W czasie jazdy
przypomniało nam się o jednym niezapłaconym rachunku, ale krótka
wizyta u naszego kolegi Jamiego z Kępna w celu wykorzystania jego
kompa załatwiła sprawę. Do granicy jakoś dotarliśmy a
potem już tylko perspektywa gładkiej jak stół autostrady E40.
Pierwszego dnia nocowaliśmy w miasteczku Weida (Niemcy), na campingu
o tej samej nazwie. Dotarliśmy do niego około 21 więc rozbijanie
namiotu odbywało się już w zapadających ciemnościach. Marlena
porozmawiała trochę z właścicielem campingu o nadchodzącej
konfrontacji Polska – Niemcy i po 22 zawinęliśmy się w nasze
śpiworki. Ten dzień zamknęliśmy wynikiem 800 km.
Nocleg:
2
Dzień (10.06.06)
rozpoczął się od wizyty w campingowym
sklepiku, potem śniadanko, zwijanie majdanu i jazda do autostrady.
Najnudniejsza jazda na świecie. Zapięty tempomat na prędkości 130 i
odliczanie odległości pomiędzy stacjami benzynowymi. Minęliśmy
gdzieś po drodze granicę Niemiecko – Belgijską i natknęliśmy się
na pierwszy problem na belgijskim Shellu, gdzie stacja przy
autostradzie jest automatyczna a nie kumająca w żadnym normalnym
języku panienka siedzi jak karp za szklanymi i chyba kuloodpornymi
ścianami. Trochę zamieszania z tankowaniem drobne zakupy i grzejemy
dalej. Około 20 dotarliśmy do Ostendy. Po drodze Marlena zaliczyła
drzemkę przy autostradzie. Na zmęczenie nie pomagał już nawet
wypijany litrami Red Bull. W tym miejscu nocowaliśmy dwa razy na
campingu nie rekomendowanym przez ADAC. I to od razu dało się we
znaki. Dziwne nie otynkowane toalety prysznice na żetony i cienkie
piwo w barku. Pan właściciel, mówiący w jakimś bliżej nie określonym
narzeczu skasował nas na 12 Euro i wskazał kawałek trawnika
powierzchni 40 metrów kwadratowych. Krótka wizyta na plaży morza
północnego i luli.
Nocleg:
-
Camping Bruxelless Ostenda (Belgia)
3 Dzień
(11.06.06)
Tego
dnia zerwaliśmy się trochę wcześniej niż normalnie, ponieważ
mieliśmy rezerwację na przejazd
Eurotunelem
(pociągiem pod kanałem La Manche). Ostendę od Cale dzieli 70 km,
więc w ciągu nie całej godziny byliśmy na miejscu. Krótkie motanie
przy szlabanie i już po kilku minutach staliśmy jak wazony w pełnym
słońcu w towarzystwie 2 Holendrów i 2 Irlandczyków, czekając na
swoją kolej. W końcu wjazd do wagonu i jazda. Pociąg jedzie 30 minut
w bardzo wolnym tempie. Jego prędkość nie przekraczała chyba 50
km/h. Po tamtej stronie stres. Lewostronny ruch. W zasadzie w głowie
jedno hasło „ do lewej, do lewej, do....” Nie ma to jak chusteczka,
przywiązana do lewej strony kierownicy, która miała przypominać o
trzymaniu się właśnie tej strony. Ale nie taki diabeł straszny. Po
przejechaniu paru kilometrów i minięciu kilku rond ta nienormalna
jazda stała się całkiem znośna. Po dwóch dniach w ogóle nie
zwracałem na to uwagi. W zasadzie na całej trasie po WB tylko dwa
razy poszedłem na czołowe, więc chyba nie jest źle.
Postanowiliśmy z racji wczesnej pory wjechać
do Londynu. Londynu przypominającego Madryt (30 st. C) Dzięki
nawigacji GPS było to dziecinnie proste. Przejechaliśmy po słynnym
Tower Bridge i zaparkowaliśmy pod parlamentem, żeby zrobić sobie
parę fotek pod Big Benem. Spotkaliśmy tam bardzo miłego czarnego
kierowcę piętrowego autobusu, który zatrzymał ruch na całej ulicy,
żeby z nami pogadać. Dziwne, że nikt go nie otrąbił i ludzie
siedzący w środku nie nawsadzali mu od różnych, ale tam chyba to
normalne, że ludzie są wyluzowani maksymalnie. Kilka fotek i kolejny
cel, Bakingham. Kręciliśmy się w kółko w tym upale, żeby znaleźć
jakiś strzeżony parking. Ale gdzie tam, żadnego parkingu ani śladu.
Przejechaliśmy przez plac przed pałacem dwa razy, zaczepiając przy
tym panią policjantkę. Ta oświadczyła, że ponieważ sama nie prowadzi
to nie wie gdzie można postawić motocykl. Zrobiliśmy jeszcze jedną
rundę i zatrzymaliśmy się koło jakieś bramy, za którą stało
parę autokarów. Natychmiast zauważył nas policjant i na pytanie czy
możemy tu zaparkować, zrobił wielkie oczy i wypłoszył się strasznie.
Stanowczo odmówił i oświadczył, że jesteśmy w strefie zakazu
parkowania. Jak się później okazało, chcieliśmy zaparkować w
Scotlandyard. Kilkadziesiąt metrów dalej postawiliśmy Maleństwo na
ulicy, zdjęliśmy z niego co cenniejsze rzeczy i ruszyliśmy na
spotkanie królowej. Obeszliśmy pałac zrobiliśmy trochę zdjęć i
ruszyliśmy przez Londyn w kierunku Stonehenge. Droga była początkowo
autostradą, potem drogą ekspresową, by przeistoczyć się w końcu w
normalną drogę lokalną wijącą się pomiędzy zielonymi wzgórzami
południa Anglii. Po pokonaniu jednego ze wzniesień ujrzeliśmy w
oddali to, co znamy dobrze z widokówek i kalendarzy. Kamienny krąg
robi niesamowite wrażenie. Stoi na wysokim wzniesieniu, z którego
widać cała okolicę. Szare głazy ustawione jeden na drugim
przypominaj mistyczną świątynię. Odgrodzono je linką, żeby
przypadkiem nie wymalować na nich jakiegoś grafitti. Tradycyjnie
fotki i zjazd na angielskie wiejskie dróżki na nocleg. Droga super,
wyłaniające się z za każdego zakrętu typowe angielskie domki
rozsiane wśród zielonych lasów i pachnących łąk. Dojechaliśmy nieco
umordowani do miasteczka Brodway i za skarby nie
mogliśmy trafić na właściwy camping. GPS zwariował i dopiero
człowiek z campingu „not for tent's” wskazał nam właściwą drogę.
Miejsce super. Drzewa , przystrzyżona trawka, pełna kultura.
Zwiedziliśmy:
Nocleg:
4
dzień (12.06.06)
Ten dzień przywitał nas burzą. Myśleliśmy, że
właśnie zaczyna się typowa dla tego regionu pogoda. Ale nic z tego.
Polało się trochę z nieba, zagrzmiało i znów wyszło nam na spotkanie
słońce na tle błękitnego nieba. Po spakowaniu majdanu ruszyliśmy
przez kałuże do pierwszego napotkanego bankomatu w celu uzupełnienia
zapasu gotówki. I tu mały wypadek. Podjeżdżając pod bankomat
najechałem sobie po raz drugi w życiu na łydkę podnóżkiem pasażera i
najzwyczajniej w świecie zaczęliśmy się przewracać. Ja usiłowałem
wyłączyć zapłon a wisząca mi na plecach Marlena trzymała mnie
kurczowo za rękę, uniemożliwiając zrobienie czegokolwiek. Po kilku
sekundach zaczęła wzywać pomocy w kierunku jakiegoś starszego
Anglika, który przechodził obok nas czytając gazetę. My tu
normalnie dramat a gość pełen luz, uśmiechnął się, pokazując całą
swoją śnieżnobiałą sztuczną szczękę. Pozbieraliśmy się z gleby i tak
zaczęliśmy 4 dzień wyprawy. Tego dnia miał nastąpić ostateczny
atak na Szkocję. Troszkę po autostradzie, troszkę po wiejskich
drogach, mijając po drodze Glasgov, dotarliśmy na pięknie
położony camping. Miła pani w recepcji zaproponowała nam najlepsze
miejsce na wzniesieniu, z którego roztaczał się fantastyczny widok
na okolicę. Zjedliśmy jak zwykle po zupce chińskiej i zapadliśmy w
błogi sen.
Nocleg:
5 Dzień
(13.06.06)
Rano, po zapakowaniu wszystkiego i ruszeniu z
tylnego koła zaczął dobiegać przedziwny dźwięk. Ni to
chrupanie ni to zgrzytanie. Ze sporym nerwem zrobiliśmy kilka zdjęć
pod czarną wiszącą nad parkiem narodowym skałą i ruszyliśmy w
kierunku Iverness. Po kilkunastu kilometrach, chyba po rozgrzaniu
koła, skrzypienie umilkło a my dotarliśmy do brzegów najpiękniej
położonego i zarazem największego jeziora, choć nie najbardziej
znanego – Loch Lomond. Objeżdżając jezioro główną
drogą na północ zaczęliśmy powoli wjeżdżać w polodowcową dolinę
która kończyła się jeziorem Lochness. Wąska droga wiła się a my
mijaliśmy coraz wyżej położone wioseczki. Fioletowo kwitnące
rododendrony zielona trawa i błękitne niebo, po prostu cudo. Za
miastem krajobraz zaczął robić się coraz bardziej surowy. W
pewnym momencie zaczęły nas otaczać kończące się w chmurach
wierzchołki gór porośniętych trawą a gdzie nigdzie wystające z ziemi
białe i szare głazy. Na drodze pojawiło się bardzo dużo takich jak
my, podróżujących na dwóch kołach turystów. Po kilkudziesięciu
kilometrach na brzegu tej surowej doliny, dostrzegliśmy małe
samotnie stojące domki, jeziora a pośród nich wałęsające się barany
i kozy. Takie sielskie obrazki towarzyszyły nam do samego Lochness.
Samo jezioro zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Strome skaliste
brzegi i ciemno granatowa woda o głębokości przekraczającej 200 m.
Nad jego brzegiem podziwialiśmy ruiny zamku Urguhart, który jest
najlepszym miejscem do wypatrywania potwora. Oczywiście widzieliśmy
go a on po zawarciu bliższej znajomości zaczął nam jeść z ręki.
Dotarliśmy późno po południu do Iverness, które jest największym
siedliskiem ludzkim na północy Szkocji.. Nasz camping znajdował się
jeszcze nieco dalej na wschód. Zameldowaliśmy się tam kilkanaście
minut później. Piwko, zbieranie muszelek na plaży dla naszego
dziecka, widok na fiordy po drugiej stronie zatoki i czas spać.
Następny dzień to wyprawa do najbardziej odludnych części tego
kraju.
Zwiedziliśmy:
Nocleg:
6
Dzień (14.06.06)
Tylne koło znowu trzeszczy a my mamy przed
sobą 300 kilometrów lasów gór i żywego ducha. Telefon do Jamiego,
który uspokoił nieco nasze obawy co do koła i jedziemy. Naszym
celem stały się upragnione szkockie fiordy. Droga jak marzenie,
tylko jakby coraz węższa. W pewnym momencie szeroka na jeden
samochód Co jakiś czas dla nadjeżdżających z przeciwka pojawiały się
małe zatoczki umożliwiające wyminięcie dwóch pojazdów. Nagle po
wypadnięciu z za jednego z zakrętów trafiliśmy na pewnego jegomościa
w pickupie, który postawił nam przed nosem znak stop.
Facet
wyglądał jak żywcem wyjęty z amerykańskiego filmu. Kapelusz ciemne
okulary i guma do żucia. Wyjaśnił nam w paru słowach, że droga
będzie zamknięta przez przynajmniej 10 minut z powodu reanimacji
nawierzchni po zimie. Pogadaliśmy z nim na temat naszej trasy a on
stanowczo odradził nam ostatni jej fragment czyli przełęcz na
półwyspie Applecross. Sami jako robotnicy drogowi boją się tam
podjeżdżać bo droga przyjmuje tam nachylenie 40%. Ruszyliśmy po
kilkunastu minutach dalej w kierunku coraz większego odludzia. W
baku paliwa na 200 kilometrów na mapie żadnych stacji. Policzyłem
najdalszy punkt drogi, tak żeby w drodze powrotnej dotrzeć do
najbliższej stacji benzynowej. Widoki zapierające dech w piersiach.
Fiordy, granatowa woda, wdzierająca się w ląd. Barany
wałęsające się na potęgę pod naszymi kołami, zielono-szare wzgórza i
żywego ducha wokół nas. Zdjęcia kilka ujęć kamery i wracamy z
powrotem z najdalszego osiągalnego miejsca czyli półwyspu
Appllecross. Kierujemy się tym razem trasą w kierunku miasteczka
Fort William, aby obejrzeć po drodze zamek Eilean Donan. Dotarliśmy
do niego po kilkudziesięciu minutach jazdy. Zamek jak z bajki. W
ciągu ostatnich paru lat stanowił plan zdjęciowy dla paru kasowych
produkcji filmowych, między innymi jednemu z filmów z Jamesem
Bondem. Na parkingu pogadaliśmy z pewnym starszym małżeństwem, które
na dwóch motocyklach wybrało się w podróż wokół Szkocji.
Pozachwycali się mocno Polakami, że niby tacy pracowici i mili i
zawinęli się w swoją stronę. Na resztkach paliwa zaczęliśmy szukać
jakiejś stacji benzynowej. I tu lekki problem. Benzyna na północy
kosztuje jak chce. Na normalnych drogach nie przekraczała ceny 93
pensów za litr. Tam gdzie zaczynało nam jej brakować zgodnie z
prawem ekonomii (rzadkości zasobów) cena osiągała nawet 1,25 funta.
Czyli na nasze ponad 7 złotych !!! Jako znana sknera poszedłem na
całość i zaryzykowałem jeszcze kilkanaście kilometrów. No i udało
się, dojechaliśmy do Shela z paliwem za „normalne” pieniądze
batonikami i coca colą. Dalsza droga to znana nam już dolina Glen
Coe i camping w Aberfoyle. Dotarliśmy do campingu późnym popołudniem
kompletnie wykończeni. Pozostało nam jeszcze tylko rozbicie namiotu
i walka z hordą meszek, które nie są czułe na przywiezione przez nas
polskie środki owadobójcze. Obejrzałem jeszcze w towarzystwie paru
Anglików tą żenadę w wykonaniu Polskich orłów Janasa i udałem się za
swoją żoną na zasłużony odpoczynek.
Zwiedziliśmy:
·
Góry
Kaledońskie
·
Półwysep
Applecross
·
Zamek Eilean Donan
Nocleg:
·
Camping
Trossachs Park m-c Aberfoyle (Szkocja)
7
Dzień
(15.06.06)
Wstaliśmy jakoś później niż normalnie. Oczywiście koło dalej
piszczy, ale co tam, zastosowana metoda WGR ( Weź Głośniej Radio)
luzowała trochę moje przygnębienie. Tego dnia w planie zamek
Stirling Edynburg. Ten pierwszy wybudowany na 80 metrowej skale z
fantastycznym muzeum wojska i zrekonstruowaną kuchnią z przed
kilkuset lat. Większa część zamku znajdowała się w renowacji ale i
tak warto było wydać tych parę funtów na jego zwiedzanie (parę?? –
całe 12 od łba). W Edynburgu zamek, z przepiękną panoramą miasta
ulicą Royal Mile, pomnik Scota zrobił na nas ogromne wrażenie.
Oczywiście jak wszędzie na naszej drodze tak i tu mieliśmy poważny
problem ze znalezieniem strzeżonego parkingu, tak aby można tam było
pozostawić nasz cały dobytek. W coraz większej duchocie musieliśmy
wędrować z kaskami i w kurtkach. Dotarliśmy do campingu znowu
wieczorem.
Zwiedziliśmy:
·
Zamek Stirling
·
Edynburg
Nocleg:
·
Camping Waren m-c Warenmill (Anglia)
8
Dzień (16.06.06)
Rano okazało się, że z nasypu przy naszym
namiocie rozciąga się przepiękny widok na morze i widoczne w tle
zamczysko. Oczywiście zwinęliśmy się nieco żwawiej i skierowaliśmy
się w jego kierunku. Był to zamek Bamburgh. Zwiedziliśmy go
nadprogramowo. Było trochę za wcześnie, więc nie udało się wejść do
środka. Obeszliśmy sobie całe wzgórze zamkowe na piechotę,
zahaczając przy tym kawałek piaszczystej plaży. W planie mur
Hadriana, wybudowany w 23 w n.e. przez Rzymian. Nie mogliśmy przez
parę minut do niego trafić pomimo nawigacji GPS. Jakiś las potem
most i nagle jest ! Robi nieprawdopodobne wrażenie. Od razu
nasuwa się pytanie po co budować wysoki na pięć metrów mur na takim
odludziu ??? Ludzie w tamtych czasach myśleli w trochę innych
kategoriach, więc z podziwem zwiedziliśmy resztki tego co po nim
pozostało. Fascynują nas takie budowle sprzed kilku tysięcy lat. Od
razu przypomniał nam się Egipt i oczywiście Stonehenge. Jadąc w
kierunku Yorku trafiliśmy na całe kolumny motocyklistów, które
wyjeżdżały w pewnym momencie z rond bocznych uliczek i parkingów.
Było ich setki. Okazało się, że w okolicy rozpoczyna się właśnie
olbrzymi zlot, na który niestety nie mieliśmy czasu. Około 17 tej
zaparkowaliśmy na parkingu przed zamkiem Howard. Niestety jego
wnętrze było już zamknięte więc za 3 funciaki od łebka pooglądaliśmy
sobie rezydencję z ogrodu. Ci z forsą to mają klawe życie. Pan
Howard mieszka tam do tej pory pielęgnując tradycję swojej rodziny o
blisko 300 letniej historii. Zamek podobny trochę do naszego
Warszawskiego Wilanowa tylko położony na 10 razy większym terenie.
Po obejrzeniu co się dało, skierowaliśmy się w stronę Yorku. Nie
było go w planie na ten dzień ale stwierdziliśmy, że zaliczając go
tego dnia, następny zmarnotrawimy na jazdę w kierunku tunelu, tak
aby dotrzeć do niego wcześniej niż nasza rezerwacja na godzinę 20.
York okazał się najbardziej urokliwym miastem na naszej trasie.
Oczywiście tradycyjny brak parkingu spowodował, że musieliśmy
zostawić Maleństwo na jakimś obskurnym podwórku. Centrum starego
miasta, otoczonego murem i katedra super. Można by było spędzić tam
chyba cały dzień chodząc od pubu do pubu i popijając browarek.
Z zamku pozostała im tylko jedna wieża, więc nie wspinaliśmy się
nawet na wzniesienie, na którym stała. Znów fotki runda po głównych
ulicach i kierunek na spanie w lesie Sherwood. Wjeżdżamy na camping,
a tam swora dzieciaków z łukami na plecach i kuszami. Co jest?
Dopiero wtedy skojarzyliśmy, że jesteśmy w stronach Robin Hooda.
Na campingu młoda dama w recepcji zaczęła robić nam problemy, że
niby jesteśmy bez rezerwacji a ona ma full. Dostaliśmy jednak
miejsce pod drutami wysokiego napięcia i w pobliżu torów kolejowych.
I nękani odgłosami przejeżdżających pociągów, krzyczących do późna
dzieci, spędziliśmy ostatnią noc na wyspach.
Zwiedziliśmy:
·
Zamek Bamburgh
·
Mur Hadriana
·
Zamek
Howard
·
York
·
kraina Robin Hooda
Nocleg:
·
Camping Forest Sherwood m-c Edwinstowe (Anglia)
9
Dzień
(17.06.06)
Lasu Sherwood nie ma !!! Został wycięty w
czasie rewolucji przemysłowej i przerobiony na parę. Pozostało parę
hektarów parku z jednym podgniłym dębem na środku. Podobno przy nim
właśnie wzięli ślub Robin Hood i Marion. Droga do Folkstone
przebiegła nader sprawnie, ale tylko do obwodnicy Londynu. Tu istny
sajgon, korki, ograniczenia. Całe szczęście, że York obejrzeliśmy
poprzedniego dnia, w innym przypadku mógłby być problem z
punktualnym dotarciem na terminal. W sumie musieliśmy czekać około
godziny na wjazd do pociągu. Potem znana nam już droga do campingu w
Ostendzie.
Nocleg:
- Camping
Bruxelles m-c Ostenda (Belgia)
10 Dzień
(18.06.06)
Na
campingu w Ostendzie jacyś młodzi Belgowie nie dali nam spać przez
pół nocy. Wrócili z jakiejś balangi i przeżywali coś jeszcze przez
parę godzin w namiocie. Od rana czekał nas ciężki dzień. 800
kilometrów do campingu w Weida. Wszystko byłoby super gdyby nie to,
że pomiędzy Kolonią i Frankfurtem zawiesiła mi się nawigacja.
Wywiało nas w związku z tym tak, że musieliśmy nadrobić 100
kilometrów. Tego dnia padł rekord 912 km !!
Nocleg:
11 Dzień
(19.06.06)
Nie mieliśmy już siły. Pakowanie maneli po raz
ostatni. Wsiadamy i jedziemy. Kilometry ciągną się w nieskończoność.
Wreszcie jest, Polska Granica, potem Wrocław, jeszcze tylko
Piotrków, Rawa Mazowiecka. Jakieś 50 kilometrów przed Warszawą
jedziemy na 4 biegu 80 km/h, bo zaczynamy oboje widzieć podwójnie ze
zmęczenia. Jeszcze tradycyjne poszukiwanie misia dla Wiktorii i
koniec. Jesteśmy w domu !!!!! Hurrrrraaaaa !!!!
Ogólnie przejechaliśmy w czasie tego wyjazdu
6513 kilometrów ale warto było się tak umęczyć dla tych widoków,
zabytków i klimatu jaki tam zastaliśmy. Polecamy wszystkim bez
wyjątku ten kierunek.
W przyszłym roku Norwegia
:))))
opracował: Robert Kościółek |